20 grudnia 2015

Fantazjowanie wspomagane, czyli wrażenia z wystawy „Modna i już! Moda PRL”

17 grudnia, piątek. Dzień przed otwarciem wystawy i kilka godzin przed wernisażem. Kraków wita jesienną, jak na grudzień, pogodą, a przede wszystkim słońcem. Na Dworcu Głównym wsiadam w tramwaj. Mam mało czasu, więc chłonę każdy centymetr miasta zza okna. Mijam gmach główny Poczty Polskiej, Plac Wszystkich Świętych, krakowską Filharmonię i najstarszego polskiego uniwersytetu. Jestem tak przejęta tym chłonięciem, że mijam przystanek, na którym miałam wysiąść i dopiero po sygnale zamknięcia drzwi zauważam potężny budynek krakowskiego Muzeum Narodowego. Wysiadam na Oleandry i wracam już piechotą, zauważając już nie tylko budowlę, ale i ogromny baner informujący o wystawie, z powodu której tutaj przyjechałam. „Modna i już! Moda PRL” to jedyna taka wystawa o polskiej modzie czasów komunistycznych.


Konferencja prasowa. Siadam w bezpiecznym trzecim rzędzie. Tak żeby wszystko widzieć, wszystko słyszeć. Dostaję pakiet, w który zaczytuję się jeszcze przed rozpoczęciem. Czytam o tym, że w przestrzeni MNK zamknięto blisko 400 obiektów i akcesoriów mody. Dalej o tym, jakie wydarzenia będą towarzyszyć wystawie. I tutaj oczy otwierają się szerzej niż zwykle. W styczniu Aleksandra Boćkowska i dr Małgorzata Możdżyńska-Nawotka, w lutym dr Barbara Klich-Kluczewska, w marcu Grażyna Hase, w kwietniu – Barbara Hoff i Tomasz Rolke. A poza tym spotkania dla seniorów, warsztaty dla dorosłych, dzieci i rodzin, oprowadzania niedzielne i tematyczne. Dobrze, że siedzę w wygodnym fotelu, w innym przypadku mogłabym ...spaść z krzesła. Za mną panie Kalina Paroll – specjalistka m.in. folku w Modzie Polskiej i Grażyna Hase – modelka, ale przede wszystkim projektantka, która ubierała polską ulicę. Przede mną pani Barbara Hoff, która zachodnie trendy przerabiała na polką modłę i komunikowała w felietonach „Przekroju”, a następnie projektowała rzeczy z metką Hoffland. Na konferencji pada wiele słów podziękowania, uznania, nadziei. Dyrektor MNK „żegna się” ze swoim stanowiskiem i jest dumna, ze „Modna i już...” to jej ostatnia wystawa. Zapowiada, że na wernisaż przyjdzie w projekcie Magdy Ignar, właśnie z czasów PRLu. „Te ubrania się nie starzeją”. Dyrektor Muzeum Narodowego we Wrocławiu, które współorganizowało wystawę, szczerze dziękuje i wspomina „krótki acz intensywny” czas ostatniego etapu przygotowań. Kuratorka Joanna Kowalska zaczyna uchylać rąbka tajemnicy, snuje opowieść o tym co znajdziemy za drewnianymi drzwiami. Kuratorka z ramienia MNWr zwraca uwagę na trzy aspekty, które, w jej mniemaniu, trzymają wystawę w ryzach i warunkują jej obecność: kapitał kulturowy, który był ważniejszy niż ekonomiczny, muzealniczy obowiązek, by zająć się tematem mody tamtych czasów i złożoność wytworów, z którymi przyjdzie nam obcować. Tymczasem skończyła się przystawka, w postaci mówienia czas na danie główne, czyli oglądanie.

Wystawa wita pokazem mody ślubnej z różnych okresów mody PRL. Możemy w tych projektach, jak w zwierciadle, przejrzeć trendy i tendencje kolejnych dekad. Następnie kluczymy i trafiamy na kolejne, tematycznie wyodrębnione strefy i zakamarki, w których przyglądamy się „przyjemnościom <<małej stabilizacji>>”, „Modzie Polskiej”, „dobrobytowi na kredyt”, „modzie przeciwko rzeczywistości”, „ikonie stylu – Maryli Rodowicz” i in. Czas płynie jakoś inaczej. Każdy projekt ma swoją duszę, z każdym wiąże się jakaś historia, każdy, chciałby zająć nam chwilę albo dwie. Ta wystawa ma jedną, niesamowitą cechę – pozwala przenieść się w czasie i fantazjować o życiu w komunistycznej Polsce. Ta cecha objawia się nawet tym, którzy urodzili się po obaleniu poprzedniego systemu. Mnie, dodatkowo, fantazjowanie ułatwiły rozmowy z wielkimi tamtych czasów.

 
fot. własność prywatna

Grażynę Hase spotkałam, a jakże, przy jej projektach. Kręciła się niespokojnie, żywo komentowała. „To nie tak, to inaczej”. „Te manekiny są za duże”. „Pufki na manekinie trzeba wypchać watą, przecież to nie żywa modelka”. Nagle wzięła się za poprawianie. Stałam osłupiała, ale kiedy zobaczyłam jak manekin z zupełnie nudną stylizacją, zmienia się po trzech jej ruchach, zrozumiałam o co chodzi. Projektantka obróciła kapelusz, postawiła kołnierzyk koszuli i włożyła ją do zielonych dzwonów. Transformacja. Sylwetka zupełnie zmieniła proporcje, a na strój patrzyło się inaczej.

   
fot. własność prywatna

Kalinę Paroll, co też pewnie zaskakujące, spotkałam przy przestrzeni dedykowanej historii Mody Polskiej. Stała sztywno i uśmiechała się do kolejnych obiektywów. Błyskały flesze, a ona posłusznie pozowała, choć nie jest to jej ulubione zajęcie. Czuła, że okoliczność jest wyjątkowa. Specjalnie na to wydarzenie wycięła ze starego zdjęcia napis i logo Mody Polskiej, żeby nikt nie miał wątpliwości kogo reprezentuje. Nagle zaczęła żywo gestykulować, weszła w inną rolę. „Chodźcie, coś Wam opowiem”. Okazało się, że sukienka, przy której stoimy inspirowana była ...witrażami jednej z krakowskich świątyni. Paroll nie czekała cierpliwie aż przyjdzie do niej inspiracja. Jeździła, chodziła i szukała jej wszędzie. Tą, znalazła akurat w kolorowym witrażu. Namalowała wzór i zawiozła do Milanówka. Z otrzymanej tkaniny zaprojektowała długą, zwiewną suknię, z żółtym przodem i jedwabnym, pelerynowym tyłem. Całkiem sprawnie od zwiewnej sukni przeszła do opowieści o patchworkowym, jeansowym, ciężkim płaszczu z frędzlami, z którym w Jugosławii zgarnęła najwyższą nagrodę w konkursie projektantów. Do Polski wróciła jak na skrzydłach, a kiedy poszła do Dyrektora zapytać czy w gablocie na korytarzu I piętra może powiesić dowody jej sukcesu (przywiozła cały kufer publikacji) otrzymała ...odmowę, podobno nikt by się tym nie zainteresował. To był kubeł zimnej wody wylany na jej głowę. Takich kubłów było zdecydowanie więcej, a jednak i Paroll i inni projektanci tamtego okresu mieli siłę by walczyć, motywację by projektować i zapewne marzenie by być zapamiętanym.

Miałam w trakcie tego fantazjowania jeszcze jedno, ważne dla mnie, spotkanie. Oglądałam akurat „awanturę o New Look” i długo stałam przy kolejnych sukienkach z gorsetową górą i rozkloszowanym dołem. Nagle zdałam sobie sprawę z tego, że tak samo długo przygląda się tym projektom nieznajoma Pani w sile wieku. Obok prezentowane były projekty kolejnych dekad mody PRL. Zapytałam czy którekolwiek z nich reprezentują jej młodość. Szczerze mówiąc nie byłam pewna, po której stronie stoi, czy była twórcą, czy odbiorcą. Wiedziałam jedno, że jestem ciekawa jej zdania. Zapytałam, a ona, choć stałyśmy w miejscu dość długo, raz jeszcze rozejrzała się po sali i odpowiedziała, że owszem czasy prlowskie to jej młodość i dorosłość, ale żadne z tych rzeczy nie były w jej zasięgu. Długo opowiadała o kombinatorstwie, ubraniach z ciuchów, spódnicach z koca (kiedy to jeden koc kupowało się razem z koleżanką). Kiedy wspominała o kolejnych zrealizowanych ubraniach, znowu stałyśmy przy „awanturze o New Look”. W tamtych czasach to określenie w ogóle nie funkcjonowało. Dużą część „Modnej i już...” zwiedziłam z nieznajomą Panią, której opowieści pochłaniały bez reszty.

fot. własność prywatna

W pewnym momencie, przy projektach Barbary Hoff i boksach wypełnionych stronami kolejnych felietonów w „Przekroju”, spotkałam projektantkę w towarzystwie kuratorki z ramienia MNK. Panie wymieniały się kolejnymi komentarzami, obie były bohaterkami tamtych czasów – Hoff jako projektantka i felietonistka, Kowalska jako ciekawe świata dziecko. I kiedy swoją powinność wykonywali fotoreporterzy, kierując obiektywy w stronę projektantki, ja zamieniłam słów kilka z kuratorką. Zapytałam m.in. o to do kogo wystawa jest kierowana. Pytanie banalne, ale ja szukałam odpowiedzi u źródła, w dodatku nie chodziło mi o banał typu „wystawa jest dla wszystkich, każdy znajdzie tutaj coś dla siebie” (choć tak naprawdę ta odpowiedź jest w tym przypadku najwłaściwsza), chodziło mi o zamierzenie kuratora, o to komu chciał wystawę dedykować. Kuratorka zdradziła, że gdyby to ona mogła decydować, chciałaby, żeby wystawa trafiła do jak największej liczby ludzi młodych. Żeby mogła pokazać kawałek tamtych czasów, żeby przybliżyła filozofię myślenia, a tym samym ubierania. Żeby zainspirowała i dała do myślenia. Podziękowałam za to, że mogę obserwować efekty ostatnich 4-5 lat jej starań i działań związanych z organizacją. W tym czasie Barbara Hoff przypomniała sobie kolejną historię i porwała w dyskusję kuratorkę, a ja powędrowałam dalej, przecierając kolejne szlaki.

I kiedy zbliżałam się już do szatni, wymieniając ostatnie komentarze odnośnie wystawy, znowu spotkałam nieznajomą Panią. „Znalazłam jeszcze sukienkę, którą miałam na balu studniówkowym. Jeśli ma Pani czas mogę pokazać. To tutaj, niedaleko”. Poszłam. Sukienka była sfotografowana w „Przekroju”. Kadr amerykański, więc nie była widoczna w całości. „O taka. Wszystkie takie miałyśmy”. Przyglądam się i komentuję „O proszę, New Look”. Uśmiechamy się porozumiewawczo.

Wystawa „Modna i już! Moda PRL” jest pełna niezwykłych historii. Warto dać się im porwać. Potrzeba na to czasu, ale kto powiedział, że wystawę można odwiedzić tylko raz? Ja już planuję powrót. Może spotkam nieznajomą Panią, w końcu zapytam ją o imię a ona podzieli się ze mną dalszymi wspomnieniami?


Ania Wawszkiewicz

Moda to coś więcej. Niż ciuchy, looki, wyprzedaże i ałtfity. Moda to przekazy, emocje, system korelacji, język. Słowami walczę o to by o tym pamiętać. Poza tym bywam tu i tam, czytam to i tamto, piszę tu i ówdzie.

2 komentarze :

  1. Odpowiedzi
    1. Wystawa w Muzeum Narodowym w Krakowie dostępna jest do 17. kwietnia 2016 roku. Później będzie można ją oglądać w Muzeum Narodowym we Wrocławiu. :)

      Usuń